Kategorie: Wszystkie | obrazek | opowiadanie | wpis do pamiętnika
RSS
wtorek, 27 września 2011
Opowiadanie fantasy

Ach i och! I och i ach!

Etap 5, sialalala!

A co do opowiadania? Na działce nie ma netu, więc grałam sobie w Heroesy V i mnie tak pozytywnie natchnęło na fantasy.

No więc jest :)

Arthur potarł dłonie, z których posypały się srebrne drobiny. Strzepnął magię szybkim ruchem rąk i przekrzywił głowę tak, że aż strzyknęło mu w szyi. Odgarnął idealnie proste włosy

i spojrzał na mnie wyczekująco swymi oczyma, o źrenicach kota. Biel jego tęczówek płonęła w mroku.

-Gotowa?

Jęknęłam i wstałam. Wszystko mnie bolało. Pomachałam szybko dłońmi, tak jak moja starsza siostra, kiedy kończyła malować sobie na czarno paznokcie. Na trawę spadły czerwone iskry, lecz mimo wielodniowej suszy, rośliny nie zapłonęły.

-Arth, muszę tam iść? Wiesz, że ona mnie nie lubi... - powiedziałam, ledwo nadążając za jego szybkimi krokami.

-Wyrocznia za nikim jakoś szczególnie nie przepada. - odparł niedbale.

-Z wyjątkiem ciebie. - mruknęłam.

-Nie bądź złośliwa.

-Będę.

-Nie przy mnie.

Prychnęłam. Arthur nigdy nie dawał za wygraną i zawsze musiał mieć ostatnie słowo.

-Nie prychaj.

'Upierdliwy stary zgred' – pomyślałam.

Spojrzał na mnie zirytowany.

-Miałeś nie czytać mi w myślach! - burknęłam rozżalona.

-Miałaś mnie w nich nie zwymyślać!

Do końca drogi nie odzywaliśmy się do siebie, a ja starałam

się myśleć o różowych jednorożcach, choć sama myśl o nich napełniała mnie przesłodzeniem. Wreszcie dotarliśmy.

Pamiętam, jakie zrobiło na mnie wrażenie wejście do Świątyni, kiedy byłam tu po raz pierwszy.

W samym sercu lasu Darrentam stała spora kamienna płyta.

W sumie nie było w niej nic nadzwyczajnego, poza tym,

że po prostu tam była. Surowy, szary i zimny kamienny kwadrat wysoki na dwa metry.

Arthur przyłożył dłoń do kamienia i przymknął powieki. Znikąd zerwał się silny wiatr. Drzewa zaskrzypiały pod siłą wichru, gałęzie zatańczyły a w powietrze wzbiły się opadłe

z nich liście. Na środku płyty pojawiło się pęknięcie i po chwili kamień przedzielił się na dwie części, które z towarzyszącym okropnym dźwiękiem oddaliły się od siebie, a między nimi pojawiła się ciemnofioletowa mgiełka. Arthur pchnął mnie

w nią i poczułam jak spadam. Leciałam w dół całkiem długo

a moje włosy tworzyły pajęczynkę na twarzy. Wreszcie wylądowałam na kamiennej posadzce. Oczywiście na czworakach. Krótką chwilę później, obok mnie wylądował z gracją Arthur. Oczywiście w stanie nienaruszonym i na stojąco. Przesłałam mu pełne zawiści spojrzenie i spróbowałam ułożyć jakoś rozczochrane włosy.

-Nie czas teraz na ratowanie twej kobiecej próżności, moja droga. - mruknął Arth, doskonale wiedząc, że posiadam jej znacznie mniej, niż on sam. Pociągnął mnie za sobą przez wydrążony w skale korytarz, na ścianach którego widniały przerażające malowidła. Od czasu do czasu spotykaliśmy kolorowe, witrażowe lampioniki, lewitujące w powietrzu. Dotarliśmy do drewnianych wrót i uderzył parę razy kołatką. Drzwi otworzyły się same i weszliśmy do pomieszczenia o bardzo wysokim stropie. Spojrzałam w górę i zobaczyłam obraz, który zaskakiwał mnie za każdym razem, kiedy tu byłam. Sufit stanowiła tafla leśnego jeziorka, przez którą prześwitywała dzisiaj biała kula księżyca.

-Spodziewałam się was... - słowa dobiegające zza parawanu obitego chińskim czerpanym papierem wyrwały mnie z zamyślenia.

-Nic dziwnego – mruknęłam. - wyrocznie tak mają, że coś przewidują...

Oberwałam kuksańca od Arthura i uciszyłam się, całą swą uwagę poświęcając rozcieraniu bolącego żebra.

-Usiądźcie, proszę...

Zajęliśmy miejsca na czarnych poduszkach, które rozrzucone były w około niskiego stoliczka do herbaty.

W całym pomieszczeniu panował mrok. Jedynie gdzieniegdzie szybowały małe kulki kolorowego światła. Zza parawanu natomiast biło białe światło, tak że widać było cień idealnej sylwetki Wyroczni. Spojrzałam na swe nie najchudsze uda westchnęłam cicho. Arth był zapatrzony w parawan, jak zahipnotyzowany. Wyrocznia ubierała się właśnie, prawdopodobnie po kąpieli. Wreszcie wyszła zza parawanu. Gdy podeszła do jednej z kulek światła, zobaczyłam ją. Była najpiękniejszą istotą, jaką kiedykolwiek widziałam. Podobno pochodziła z chińskiego klanu Efów. Miała bladą cerę, długie czarne włosy, skośne oczy o czarnych białkach i białych źrenicach, oraz spiczaste uszy. Ubrana była w długą szatę, przypominającą długie i zwiewne kimono, z wielu warstw batystu, w kolorze popiołu.

-Witam Cię Atrhurze. Ciebie, i twoją młodą towarzyszkę.- uśmiechnęła się delikatnie.

-Witaj, Bon. - Arth odpowiedział jej uśmiechem.

-Tak, tak. Powitać Wyrocznię... - mruknęłam i usadowiłam się wygodniej na poduszkach. Rzuciła m gorszące spojrzenie i przysiadła na jednej z czarnych poduszek.

-Podobno masz dla nas wiadomość? - Art przeszedł do rzeczy.

-Owszem. - zasmuciła się tą służbową postawą mego druha. - Elfy w Południowej Dolinie zaczynają się buntować rządom Wielkiego.

-Tak? Musimy tam pojechać, prawda Arth? Jeszcze nigdy nie spotkałam Elfa Kalrey!

-Pojedziemy, Łun, ale to nie zabawa, ani wycieczka po zoo. Elfy to ludzie, tylko że o wiele piękniejsi i mądrzejsi.

-Dodatkowo, Krasnoludy Maritgh już dostarczyły wasze zamówienie. -mruknęła zniecierpliwiona.

-Nareszcie – odetchnął Arthur.

Nagle wyrocznia złapała się za gardło. Oszołomieni zastygliśmy bez ruchu.

-Wtedy nadejdzie ten dzień, kiedy dziecko stanie się dorosłym! Serce przestanie być posłusznym!

Młode wyfrunie spod wietrznego skrzydła i spadnie, czekając na ratunek! - głos wyroczni był zachrypnięty, jakby należał do kogoś innego, a oczy puste i zastygłe. Kiedy kobiecie brakło słów, jej głowa opadła bezwładnie na pierś a twarz zakrywała kurtyna czarnych włosów.

-To jedna z przepowiedni. - mruknął Arthur. -Lepiej ją teraz zostawić...

Złapał mnie za rękę, złapał pakunek, leżący koło stolika, zawierający nasze zamówienie i bez słowa wylecieliśmy przez wodny sufit. Arth swobodnie stanął na tafli wody, lecz kiedy mnie puścił ja zanurzyłam się w lodowatej wodzie cała. Byłam zaskoczona, bo myślałam, że z powrotem trafię do sali Wyroczni. Zirytowana potarłam ręce. Ha, spróbuj w wodzie wykrzesać ogień! Woda w okolicach moich rąk zawrzała. Puściłam z ust parę bąbelków. Wreszcie wytworzyłam błękitny płomyk, odporny na wodę i podpłynęłam do brzegu. Już miałam wychodzić, kiedy coś złapało mnie za nogę. Krzyknęłam przerażona. Szybko skierowałam zimne światło płomienia na stwora.

-Cicho, piękny chłopcze...- Okazało się, że była to Wodnica, nimfa jeziorna, prawdopodobnie zwabiona światłem.

-Jestem dziewczyną – mruknęłam.

-Hmm... - nimfa uśmiechnęła się pięknie. - W takim razie uciekaj. Nie chcę niczego od dziewcząt. Wasze mięso jest niesmaczne... - i zniknęła w czarnych odmętach wody, zamachnąwszy się uprzednio błękitnymi włosami.



środa, 14 września 2011
Ot wpis do pamiętnika no Thrła

No, Jagusia wzięła i zachorowała. Etapy w całej tej  'Toksycznej znajomości' nie chcą działać!

Ach, no i uwaga! 'Co trzecie statystyczny Polak zasięga porad sercowych i nie tylko u Jagny P.!'... Oczywiście, myśląc w ten sposób, zapomina, Lud pogański, że ja też mam uczucia i problemy. Cholera mnie bierze! Sny z dnia na dzień coraz bardziej zryte i porąbane. Hm. A jeszcze dziwniejsze jest to, że mi się one podobają! I chcę ich więcej. O...O

Tagi: pamiętnik
13:14, jagnie2804
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 05 września 2011
Ot wpis do pamiętnika no Du

Jestem na siebie wściekła! Mam dosyć siebie i tego, jaka jestem! Znów jestem na etapie trzecim :(

Etap 1:

-Rozmowa z danym kolesiem, odbieranie błędnych znaków (chyba mu się podobam!), kumplowanie się, łaskawe ofiarowanie go swym numerem.

Etap 2:

-Rozmowa sms, gg, czy też Skype z danym kolesiem.

-Okazuje się, że jemu podoba się inna.

Etap 3:

-Załamanie

-Pocieszanie gościa w stylu 'Dlaczego uważasz, że jej się nie spodobasz?'

Etap 4:

-Totalne zauroczenie gościa jakąś-tam dziewczyną.

-Jagusia siedzi w emocjonalnym kącie i wyje, na jej twarzy w realu gości pełen optymizmu uśmiech.

Etap 5:

-Zapomnienie o danym gościu przez Jagusię.

-Ponowne tryskanie prawdziwym i nieudawanym optymizmem.

Etap 6:

-Koleś pisze do Jagusi

-Jagusi otwiera się dopiero-co zagojona rana na serduszku.

Kuuurrrr****aaa!!!

20:44, jagnie2804
Link Komentarze (2) »
niedziela, 26 czerwca 2011
Ot wpis do pamiętnika no Ę

Umówiłam się na jutro na wypad do ZOO z kumplem. Nie. Nie chodzimy ze sobą!

Stwierdziliśmy, że pochodzimy sobie alejkami i poużalamy się nad losem tych biednych zwierzątek.

-To mamo, ja jutro idę z Michałem do ZOO, ok? - spytałam bez większego przejęcia.

-Taaaak, jasne...

Chwila ciszy.

-Jaguś, to wy w końcu jesteście ze sobą, czy jak? Bo się pogubiłam – oznajmia mama.

Zastanawiam się chwilę.

-Noo... Nie.

-Ok...

-Co nie zmienia faktu, że muszę jutro ślicznie wyglądać...

-Czyli?

-Czyli tak. Założę podarte jeansy i kraciastą koszulę – uśmiecham się wesoło i otwieram drzwi do domu i wchodzę...

 Wspomnę jeszcze, że podczas rozmowy telefonicznej (na działce u znajomych) siedziałam sobie spokojnie na trawce. Nagle wrzasnęłam jak oparzona do słuchawki i podskoczyłam na dwa metry do góry. To wujek włączył zraszacze ogrodowe... Ech!



piątek, 17 czerwca 2011
Opowiadanie na podstawie porąbanego snu i ogłoszenia parafialne

Ok. Miałam dziś zrąbany sen, który mnie mocno zainspirował, do napisania równie porąbanego opowiadania :) Czytajcie i się radujcie!

A co do ogłoszeń. Od dziś piszę opowiadania na zamówienie! Pisać na maila :)

Prawie tydzień po tym, jak zerwałam z Michałem, Jula zadzwoniła do mnie z mega radochą.

-Ej! Jaguś, nie zgadniesz co!-wypiszczała.

-No, co? - zapytałam z uśmiechem, gdyż kochałam te jej napady.

-Mam chłopaka!

-Taak? Kogo? -spytałam (nie ukrywam, że podekscytowana).

-Michała

Mrożące krew w żyłach słowo. Imię. Trzy okropnie bolesne sylaby.

-Świetnie-wycedziłam i rozłączyłam się.

W sumie nie wiedziałam, czy beczeć, czy też rzucać talerzami o ścianę. Zadzwoniłam do Olki, mojej najlepszej przyjaciółki. Ta mnie oczywiście zdołowała jeszcze bardziej (jak to w jej zwyczaju) mówiąc, że sama go rzuciłam. Jak bym tego nie wiedziała! Ale potem oczywiście zaczęła mnie pocieszać.

Następnego dnia w szkole :

Wchodzę do szkoły ubrana jeszcze bardziej agresywnie niż zwykle. Podarte czarne jeansy, mroczny męski T-shirt z jakimś demonem i mimo zakazu glany. Ciemne blond włosy rozsypane na wszystkie strony.

Olka robi wytrzeszcz, ale nic nie mówi. Idziemy razem bez słowa do sali polonistycznej. Tam dopada mnie Jula. Jakaś taka piękniejsza. Z tą swoją brzoskwiniową cerą, sukienką w blade kwiatki bransoletką vintage (którą sama jej kupiłam) i pięknymi brązowymi falami włosów. Wesolutka i tryskają pozytywną energią. Cała w rumieńcach. Nie wytrzymuje i warczę niemalże przez zęby to okropne słowo, którego normalnie nigdy bym nie użyła

-Spadaj, dziwko.

I rozpętała się wojna.

-Nie mów tak do mnie! - krzyczy przez łzy.

Wyszczerzam się złośliwie (jak to zazwyczaj robię w żartach, ale tym razem to nie było dla zabawy).

-Będę nazywała cię jak mi się podoba...- odpieram i odchodzę marszem w stronę szerokiego parapetu na którym siadam, obok mnie dzielnie Olka.

-Nie uważasz, że trochę przegięłaś? Ona teraz płacze na ramieniu Misiowi... O właśnie na ciebie patrzy. O cholera! Właśnie tu idzie... O kur... Jest naprawdę wkurzony – relacjonuje przerażona Olka.

A ja udaję, że na to gwiżdżę, gapiąc się bezczelnie na kretynów na boisku.

-Co ty sobie wyobrażasz?! - wrzeszczy mi do ucha Michał.

-Hmm? - odwracam się jak gdyby nigdy nic i uśmiecham się „zaskoczona”.

-Nie udawaj idiotki!

Uch. Jest naprawdę gorzej niż myślałam.

-Może mi wytłumaczysz, o co ci chodzi, a nie się na mnie od razu drzesz! - odwrzaskuję zirytowana.

-Nazwałaś moją dziewczynę dziwką!

-Masz świętą rację, przepraszam! To ty jesteś dziwką! A raczej dziwkiem! - wrzeszczę i...

Czyżbym na słowo „dziwek” dostrzegłam cień uśmiechu na jego twarzy? Nie wiem, bo nawet jeśli tam rzeczywiście się znalazł, to od razu znika i zamienia się w nie wzburzenie, ale coś o niebo i piekło gorszego. Zawód.

Michał odwraca się na pięcie i odmaszerowuje w stronę zapłakanej Julki. Wzdycham i patrzę na Olę. Schodzi z parapetu i mnie obejmuje.

-Kretynka z ciebie, wiesz? - pyta łagodnie.

-Wiem... - szepczę i czuję ciepły strumyczek łzy na lewym policzku.



wtorek, 17 maja 2011
Prawdziwy wampiryzm

Taaak... Ostatnio stwierdziłam, iż Ray był zbyt Edwardowski, więc tak z nudówstworzyłam Len'a :)

Cieszta się więc nowym wampirem, choć faktem jest, iż prolog jest zboczony :)

Nastała noc. Drzwi tawerny to otwierały się wraz z nowymi przybyszami, to zamykały się za nielicznymi, którzy owe miejsce opuszczali. Krasnoludy śmiały się tubalnie znad kufli ziołowego piwa, ludzie rozmawiali ożywienie a elfy wzbogacały swą wiedzę. Karczmarki latały między klientami, ignorując głośne gwizdanie za ich dekoltami. Barman ledwo nadążał z nalewaniem trunków a kucharka wrzeszczała zdenerwowana na swego leniwego pomocnika.

Len przyglądał się temu z dziwnym uśmiechem przez uchylone drzwi swego wynajętego pokoju. Wstał niecałą godzinę temu. Odgarnął jeszcze czarne włosy i wszedł. Oparł się o barierkę czegoś w rodzaju antresoli, na której umieszczone były pokoje. Szukał swej dzisiejszej ofiary. Coś mruknął i zeskoczył w dół. Spadł zadziwiająco gładko na obie nogi. Uśmiechnął się ponownie widząc zdziwienie na twarzach obecnych tu istot.

Miał śnieżno-bladą cerę, ciemne włosy średniej długości w artystycznym nieładzie i przerażająco jasne oczy, które teraz rozglądały się po izbie. Tajemniczy uśmieszek nie chciał w żaden sposób spełznąć z jego twarzy. Wyprostował się. Był wysoki i dobrze zbudowany. Ubrany był w czerwoną koszulę, na którą narzucił kamizelkę z czarnej skóry sięgającą mniej-więcej do pępka, skórzany pas, ciemne spodnie i wysokie, ciężkie buty. W jednej ręce trzymał skrzypce. Podszedł powoli do baru i zamówił lampkę czerwonego wina, za które zapłacił złotą monetą, co przyciągnęło kolejne ciekawskie spojrzenia. Za takie pieniądze otrzymał najlepsze wino jakie było w tej tawernie (czyli i tak kiepskie) w pięknie rzeźbionym szklanym kielichu. Odebrał je i usiadł przy pustym stoliku. Oparł się o oparcie i nadal przeszukując spojrzeniem towarzystwo upił parę łyków z kielicha.

Parę kobiet patrzyło na niego z wyraźnym zaciekawieniem i upodobaniem, co wywołało jeszcze złośliwszy uśmiech na jego twarzy. Wstał i wszedł na stół.

-Drogie panie, szlachetni panowie! - zakrzyknął miłym dla ucha głosem a wszelkie rozmowy ucichły. - Dziś macie przyjemność wysłuchać muzyka, który przybył do was z daleka! Wspomóżcie go drobnymi datkami, coby mógł podróżować dalej!

Postawił przed sobą drewnianą miseczkę, która akurat stała na parapecie i zgadując po zawartości, służyła za popielniczkę. Oparł skrzypce o bark i zaczął grać.

Melodia była smutna lecz energiczna, jakby opowiadała o burzliwym związku nie mającym szans na przetrwanie. Oczy młodzieńca otworzyły się. Stwierdził z zadowoleniem, iż damy są oczarowane a miseczka u jego stóp wypełnia się monetami.

 

Gwen była doprawdy oczarowana. Chłopak grał naprawdę cudownie. I do tego był taki przystojny! Odgarnęła rude loki do tyłu i ukradkiem przejrzała się w szybie okna, przy którym siedziała. Tak. Wyglądała dobrze. Długimi rzęsami połowicznie zakryła zielone oczy, wydęła malinowe usta w czarującym uśmiechu i delikatnie pogłębiła dekolt białej koszuli, podkreślonej skórzanej gorsetem. Wstała i otrzepała zieloną spódnicę. Wyjęła z sakiewki trzy złote monety i podeszła płynnym ruchem pełnym gracji do barda. Nachyliła się tak, aby odsłonić nieco zawartości dekoltu i wrzuciła pieniądze do popielniczki. Wyprostowała się i przesłała chłopakowi przeciągłe, wypełnionym pożądaniem spojrzenie. Odeszła na swoje stare miejsce i ponownie usiadła, nie spuszczając z chłopaka owego wzroku.

Przestał grać. Ukłonił się, podziękował za pieniądze i zszedł ze swej „sceny”, którą prowizorycznie uczynił stół.

Szedł w jej kierunku, czy też tylko się jej wydawało? Tak! Wyraźnie się do niej uśmiecha!

Dziewczyna uśmiechnęła się delikatnie, a nieznajomy muzyk ukłonił się nie odrywając od niej wzroku.

-Cóż taka piękność jak ty, robi w takim miejscu jak to? - spytał szarmancko.

-Czeka na królewicza, który ją stąd zabierze... - odparła niedbale.

-Może nie mam szlacheckiej krwi, ale chętnie cię stąd zabiorę – mruknął.

-No to na co czekasz? - rzekła zniecierpliwiona kończąc alkohol, który miała w pucharku.

Gdy już skończyła zapięła broszkę przy pelerynie i wstała.

Chłopak ujął ją pod ramię i otworzył przed nią drzwi. Wyszli. Po jakimś doszli do kamienic. Zaciągnął ją do jednej z bram i tam przyparł ją do muru. Ujął jej twarz w smukłe dłonie i zaczął namiętnie całować. Przyciągała go łapczywie do siebie. Jego dłonie biegały po całym jej ciele. Rozwiązał sznurek przy jej koszuli i podwinął spódnicę. Tak. Kobieta niemalże jęczała z rozkoszy.

Gdy już się zaspokoił spytał

-Wierzysz w miłość od pierwszego wejrzenia? -mruknął jej to prosto do ucha.

Dziewczyna, cała czerwona i porozpinana kiwnęła głową cicho dysząc.

-W takim wypadku jesteś strasznie naiwna – uśmiechnął się szeroko ukazując rząd białych jak śnieg zębów z dwoma ostrymi kłami.

I to były ostatnie słowa, jakie dziewczyna usłyszała.

 

Tsaaaam... Wiem, zbokiem jestem
, tralalalala, zbokiem jeeestem, uuuuu :D

piątek, 29 kwietnia 2011
Obietnica and opowiadanie :D

Tak więc, jak obecałam, wstawiam jakieś opowiadanie. Stare, ale jare :)

Miłego czytania!

 

Drogi pamiętniczku...

 

1 stycznia

Pierwszy krok w nowym roku był... Mokry. Wkraczam w wodnistą breję koloru popiołu... Pierwszy dzień reszty życia. Wiatr wieje niemiłosiernie, pragnienie piecze w gardle a z oczu mimowolnie płynął łzy. Owe łzy są wytworem zarówno zimnego wiatru i smutku. Na świecie jest szaro i nudno. Wszędzie porozrzucane są spalone zapałki i zużyte fajerwerki. Bawić się to owszem ale posprzątać nie ma komu!

Pies gdzieś zniknął. Pewnie do śmietnika i znów pożera jakieś śmieci.

-Auto! Chodź natychmiast! - Wrzasnęłam ile sił w płucach. Z balkonu za mną wychyliła się czyjaś potargana głowa.

-Dziecko, serca nie masz?! - Pyta rozpaczliwie męski baryton (czyżby mocna migrena „posylwestrowa”?).

-Eeem, pardon? - Uśmiecham się przymilnie i lecę szukać psa.

 

13 lutego

W szkole jak co roku panuje okropna miłosna atmosfera. Siedząc cicho pod ścianą i czytając mistrzowskie dzieło Brama Stokera o królu wampirów nikomu nie przeszkadzam...

-Mary!

-Hę? - Otrząsam się z szoku.

-Co tak sama siedzisz?

-Czytam w swojej skorupie ukrywając się przed tym okropnym, konsumpcyjnym niby-świętem... - wyjaśniam anonimowej koleżance. Koleżanka nie zrozumiała. Uśmiecha się tylko jeszcze szerzej.

-A wiesz, że juto Waaa-len-tyn-ki?!

Spuśćmy zasłonę miłosierdzia na koniec tej sceny”

Mark Twain „Przygody Tomka Sawyera”

 

14 lutego

Walentynki. Czwartoklasistki latają z różowy pudłem i rozdają kartki walentynkowe na lekcjach. Najwięcej kartek otrzymuje wysoki blondyn w czwartym (a może piątym) rzędzie, oraz szczodrze obdarzona przodem ciała szatynka o czarnych oczach z pierwszego rzędu. Skoro pani nie patrzy rysuję na kartce z zeszytu obrzydliwie się szczerzące serduszko z bliznami, szwami, nożem i obleśnym uśmiechem. Nagle piskliwy głosik z drzwi wyczytuje moje nazwisko. Choć słyszę, nie ruszam się z miejsca. Kolejna anonimowa koleżanka szturcha mnie w bok. Wreszcie zirytowana wstaję z miejsca i podchodzę do wystraszonej dziewczynki, która sięga mi do pasa. Odbieram kartkę wysmarowaną brokatem z wyciągniętej drżącej rączki.

-Dziękuję... - Powiedziałam półgłosem do truchlejącej blondyneczki.

Siadam w ławce i nawet nie otwierając kartki rzucam ją na biurko i wlepiam spojrzenie w arcyciekawy przekrój na pół żaby. W klasie panuje cisza jak makiem zasiał. Dwadzieścia-cztery uczniowskich par oczu, plus jedna nauczycielska, dodatkowo dwie młodszych uczennic, wpatrzonych we mnie. Powoli odwracam głowę i widzę te spojrzenia.

-Och, no już! Dobra! - Jęknęłam i otworzyłam kartkę. Opiszę Ci ją, Kochany Pamiętniczku a Ty ją sobie wyobraź...

Była to różowa kartka formatu A4 zgięta na pół. Od przodu wysmarowana do granic możliwości kolorowym klejem brokatowym z tubki w przeróżnej wielkości serduszka. Wewnątrz koślawym i jeszcze nie wykształconym pismem (co pozwalało mi przypuszczać, iż została nadana przez ucznia klas I-IV ) napisany wierszyk ( oczywiście z błędami ortograficznymi, na jakie mógł sobie pozwolić przedstawiciel klas I-IV) :

 

Marysiu moja,

Co jak kwiat mi pachniesz!

Hcij mą pozostać,

a ja uczynie wszystko,

gdy tylko pachnącą rączką machniesz!

 

Mario moja najdrorzsza

Co lśnisz jak księżyc na niebie,

Pozwól mi się w Tobie zakochać!

Pozwól mi kochać siebie!

 

Twuj wielbiciel

 

...

 

14 lutego (ciąg dalszy)

Umówiliśmy się Jaśkiem (chłopakiem mojej starszej o dwa lata siostry Karoliny), że pójdziemy do sklepu i pomogę mu wybrać prezent na jej urodziny. Tak, nieszczęsna urodziła się w Walentynki...

Gimnazjum i podstawówka mieszczą się w jednym budynku. Karolina jest przeziębiona i siedzi w domu czytając „Quo Vaids”. Postanowiliśmy z Jaśkiem zrobić jej niespodziankę. Rodzicom powiedziałam co zamierzamy, ale jej wcisnęłam kłamstewko o chorej koleżance, której muszę zanieść lekcje i trochę potłumaczyć, a że mam końskie zdrowie i zarazki się mnie nie łapią, a co najważniejsze nie trzymają, to szybko uwierzyła.

Brniemy tak po kostki w śniegu, oboje w glanach, wyrażając swoje propozycje co do prezentu dla Karo.

-Tak sobie myślę, że może jakaś książka... - Mówi Jasiek.

-Może być, ale koniecznie jakaś mroczna i romantyczna! - Szczerzę zęby we wrednym uśmieszku.

-Mroczna... To rozumiem, ale że romantyczna... Coś w rodzaju „Zmierzchu”?

-Tak, tak! Koniecznie...!

Oboje wybuchamy śmiechem, ponieważ wiemy, że Karolina wywaliłaby Jaśka i mnie za drzwi przy okazji raz po raz uderzając nas owym tomiszczem „mrocznego” romansidła.

Nagle staję jak skamieniała. Aby dojść do galerii handlowej należy przejść przez park, z mnóstwem górek, drzewek, drzew, krzaczków, krzaków i stawików.

Stoimy na ścieżce prowadzącą przez małą górkę, która jest jednocześnie mostkiem nad krótką, zamarzniętą rzeczką, łączącą dwa stawiki. Na stawie jest gruby lud, który pokrywa cienka warstwa mieniącego się śniegu. Drzewa i krzewy pokryte są srebrzystym szronem a ziemia śpi pod białą pierzyną. Na nieodśnieżonym chodniku wesoło gaworzą gołębie i wróble dziobiąc okruchy chleba. Słyszę nad sobą krakanie. Podnoszę głowę do góry i widzę gawrona siedzącego na latarni. Wzbija się do lotu i...

-Mary! Maaary! - Wielka dłoń niewątpliwie należąca do Jaśka oprawiona w czarną rękawiczkę macha mi tuż przed nosem.

-Co?! Co?!

-Nico... Wyglądałaś jak kamień. Nawet nie oddychałaś! Przestraszyłem się i tyle...-Wzrusza ramionami Jasiek.

-Chyba jako jedyna z zebranych tutaj oto ludzi mam wyobraźnię... -Wzdycham i ruszam dalej w stronę majaczącego się na horyzoncie zarysu galerii handlowej.

 

 

 

C.D.N



11:56, jagnie2804
Link Dodaj komentarz »
sobota, 23 kwietnia 2011
Wesołego Alleluja!

Pardon... Długo nie pisałam, ale nawały prac domowych i sprawdzianów mnie przygniotły (dość boleśnie). Wstawiam więczdjęcie mojego koszyczka i pa! Lecę go poświęcić! ;*

11:46, jagnie2804
Link Dodaj komentarz »
środa, 23 lutego 2011
Kruk i noże rozdział V część II

Jaki śmieszny jesteś pod oknem,
gdy zapada chłodny zmierzch,
a nad miastem chmury ogromne,
i za chwilę pewnie będzie padał deszcz...

Lepiej skryj się, daj i mnie zasnąć,
po co masz na deszczu stać?
Przynieś sobie z domu parasol,
Przynieś sobie z domu płaszcz.

Na kwadrans przed dziewiątą
podchodzi zmierzch pod okno,
za zmierzchem ty przychodzisz też,
i widzę cię co chwilę
pożytku z ciebie tyle,
że mnie przeraża byle deszcz.

Kiedy czasem drogę twą przetnę,
w inną stronę zwracasz twarz
lub kupujesz w kiosku gazetę,
choć w kieszeni drugą taką samą masz.

Nieraz chciałam wcześniej odpocząć,
przemęczona trudnym dniem,
lecz pod oknem ciągle był nocą
twój zabawny, długi cień.

Więc dróg poznaj sto,
aby dojść do mych ust,
bo świat, cały świat
chcę ci zamknąć na klucz.
Już idź, uśmiech swój
zostaw u mnie jak ślad.
Jest noc, mijasz noc
lekkomyślny jak wiatr.

Na kwadrans przed dziewiątą
podchodzi zmierzch pod okno,
za zmierzchem ty przychodzisz też,
i widzę cię co chwilę
pożytku z ciebie tyle,
że mnie przeraża byle deszcz.

Jaki śmieszny jesteś pod oknem,
gdy zapada chłodny zmierzch,
a nad miastem chmury ogromne,
i za chwilę pewnie będzie padał deszcz...

Po co włóczysz się tu jak widmo?
Tyś z księżyca chyba spadł!
Ale wiem, na polu jest zimno,
a ty masz we włosach wiatr.

Więc dróg poznaj sto,
aby dojść do mych ust,
bo świat, cały świat
chcę ci zamknąć na klucz.
Już idź, uśmiech swój
zostaw u mnie jak ślad.
Jest noc, mijasz noc
lekkomyślny jak wiatr.

Jest noc, mijasz noc
lekkomyślny jak wiatr.

Jaki śmieszny” Z. Konieczny, W. Faber

 

 

Cz. II

 

Boże! Czy ona nie potrafi uważać na siebie?! Złamana noga i rana otwarta na boku! Dobrze, że jeszcze w ogóle żyje! Postanowienie jest takie – to JA ją zabiję, nie jakiś ślepy kierowca!

Kiedyś już jej mówiłem, jak ślicznie wygląda, kiedy jest nieprzytomna... Z twarzy spełza nienawiść do całego świata, wrogość i ten ironiczny uśmieszek. Staje się łagodna i delikatna... Niczym kwiat... Jak róża po odłamaniu kolców! Aż człowiek boi się takiej dziewczyny dotknąć, żeby jej nie zepsuć.

Nienawidzę szpitali... Pełno tu zapachu śmierci i krwi. To przez to tak trudno mi tutaj wytrzymać! Aż ma się ochotę skoczyć na stojak z woreczkiem krwi i wbić w niego kły. Wschodzi słońce... Zapomniałem, że już tak długo tutaj siedzę! Gdy tylko ten idiota Paweł, roztrzęsiony mówił o wypadku Gai, od razu zerwałem się z lekcji i pobiegłem do szpitala.

-Choleeraa! - Syknąłem, gdy promień przebił się przez rolety i sparzył mi skórę na ręce. Nie wypiłem przecież dzisiaj Anima vilis! Cholera, cholera, cholera... I co teraz? Nie wybiegnę przecież na dwór, bo to się może skończyć śmiercią lub kalectwem! Muszę tu zostać... A zasada jest taka – albo napar z jakiś-tam-ziółek, albo krew... No właśnie krew... Jej? Niee... Już i tak straciła zbyt dużo... Innym razem... Ale to przecież SZPITAL! Gdzieś tutaj muszą mieć zapasy, czy coś w tym guście!

 

Rozejrzałem się po sali. Na oparciu jednego z krzeseł wisiał fartuch. Zdjąłem bluzę i założyłem kitel. Wyszedłem z sali i udałem się do recepcji.

-Eeem... Dzień dobry... Doktor... Doktor Stra... - zacząłem się jąkać. Pielęgniarka spojrzała na mnie z wyrozumiałością.

-Doktor Straszczyk cię przysyła? To ty jesteś tym nowym praktykantem, tak?

-Eee... Tak! - ale fart! - prosił o dwie jednostki krwi 0 RH+... - powiedziałem niby od niechcenia.

-Korytarzem prosto schodami w górę i czwarte drzwi po lewo. - młoda pielęgniarka przesłała mi uwodzicielski uśmiech. - Iść z tobą?

-N-nie... Trafię sam...

 

Jaka ulga... Krew jakiegoś dawcy, który oddał ją tylko dla czekolady zasiliła moje puste żyły... Oczy pewnie znów zapłonęły zimny blaskiem, jak u każdego wampira czystej krwi... Szlachcica... Strzygi, z tego co się orientuję, po wypiciu posoki mają oczy jaskrawozielone , a wampiry poczęte czerwone, lub czarne... Najstarsze z wampirów - szlachciców mają białe oczy... Intrygujące!

Uczyłem się przecież za młodu tej tabeli... To dlaczego teraz tak kiepsko to pamiętam? Przeżyłem wojnę pijąc krew hitlerowców, potem ZOMO-wców... Jestem potworem. POTWOREM...

 

Nagle jej oczy otworzyły się powoli.

-Ra... Ray? - szepnęła zmęczona.

-Taak... Ale wiesz co? Śpij sobie malutka, masz za mało energii...

I usnęła...

Tak. Takie imię wybrała mi matka... Raymund Szkarłat NOMEN OMEN! Westchnąłem, usadowiłem się wygodniej w krześle i sam zasnąłem...

14:45, jagnie2804
Link Komentarze (1) »
wtorek, 22 lutego 2011
Kruk i noże rozdział V część I

Różne bywają przyczyny, dla których człowiekowi spadną wrszcie łuski z oczu, wskutek czego pojmuje on w nagłym błysku olśnienia to, czego dotąd pojąć nie był w stanie”

M. Musierowicz fragment „Opium w rosole”

 

 

Dzień tuż po tym, który wydawał się najgorszym, musi być lepszy! MUSI! - z takim przekonaniem zwlokłam się dzisiaj z łóżka, później z antresoli. W kuchni już krzątała się Kalina – dziewczyna mojego brata. Brązowe sprężynki włosów upięła w luźny koczek i zarzuciła na swoją piżamę (indyjskie kolorowe pantalony i również indyjska skąpa bluzeczka) kolorowy szlafrok w kwiaty. Na stopy założyła barwne espadryle. Przy niej wyglądałam jak szaro-czarny kłębek włóczki ze snopem siana na głowie.

-H... Hej Kali... - ziewnęłam przeciągle. Studentka ASP odwróciła i przesłała promienny uśmiech.

-Dzień dobry!

Wróciła do przewracania na patelni omletu.

Usiadłam przy stole i walnęłam uroczyście głową w jego blat. W tym momencie do kuchni wszedł Artur. Z zarostem na twarzy, takim samym sianem na głowie, z identycznym zielonymi oczami jak moje. Ubrany w szary rozciągnięty podkoszulek i czarne bokserki usiadł koło mnie i potargał mój własny OSOBISTY snop włosów.

-No i jak tam, malutka? - zagadnął wesoło.

-DUUUUUUUUUUPAAAAAAAA! - westchnęłam z polikiem przylepionym do stołu. Oboje się roześmiali. Kalina włączyła radio i popłynęła zeń muzyka. Już po chwili wszyscy jedli omlet i pili herbatę (ja i Kali) lub kawę (Artur). Spiker oznajmił dziarskim głosem, że dochodzi siódma, na co zerwałam się ze miejsca i wyleciałam do pokoju. Wciągnęłam czerwoną koszulkę, te same jeansy co wczoraj i gwiznęłam z szafy czarno-czerwoną flanelę brata. Załatwiłam parę spraw w łazience, dopakowałam plecak, zawiązałam glany, opatuliłam szyję 4-metrowym szalikiem i wybiegłam z domu zostawiając przytulonych studentów samych.

Cholera. Padał śnieg. A już miała być wiosna. Westchnęłam i wyszłam z kamienicy. Do szkoły wprawdzie miałam tylko dwa skrzyżowania, ale wolałam być na miejscu wcześniej. Po drodze wpadłam po Pawła. Nacisnęła nazwisko Krosiński na domofonie i czekałam na znany mi już od dwóch lat zaspany z rana głos.

-Haaalo?

-Paweł? Złaź już! Ziiimno jest jak cholera!

-Co? Juuuż... - długie ziewnięcie, szuranie butami i w końcu pojawienie się rudej czupryny wystającej spod brązowej czapki za szybką w drzwiach.

-Hej! - Złapałam go za rękę i pociągnęłam zaspanego w stronę przejścia dla pieszych.

Stanął przy mnie, nie odwzajemniając uścisku dłoni. Spojrzałam na niego niepewnie. Po jakimś czasie ocknął się z zamyślenia i zaspania. Wyrwał swoją dłoń z mojej. Patrzył na mnie tak zimno i pusto.

-Nie przychodź po mnie więcej... I nie trzymaj mnie za rękę... - Powiedział cicho.

W moim sercu coś pękło. MIAŁO NIE BYĆ GORZEJ!

W oczach stanęły mi łzy.

-Proszę bardzo! - Wrzasnęłam ile sił w płucach i pobiegłam przed siebie. Było to tak dziecinne... Ucieczka przed problemem. Biegłam, a łzy tamowały mi jakąkolwiek widoczność.

I nagle pik opon, krzyk zdumienia przechodniów, ostry ból w boku i ciemność... Zupełna ciemność...

 

Specjalnie dla Kulkakurd, która mnie wyzywa od leniwców T^T

 
1 , 2